Legenda o zbóju Madeju

← Cofnij - audiobooki

Treść legendy:

Owiane tajemnicą, pełne legend i opowieści. Takie są Góry Świętokrzyskie. Wśród niewysokich, ale zaskakujących wzniesień i rozległych dolin znajdą się miejsca, które zostają w pamięci na długo. Przede wszystkim docenią je jednak ci, którzy szukają spokojnych plenerów na kameralne wędrówki wśród prastarych lasów.

Nieprzebyta puszcza jodłowa widziała wiele. Wiele też słyszała. Poruszane wiatrem bukowe liście przekazują sobie tylko znanym językiem tajemnice i historie dawnych czasów. Dziś, wędrując łagodnie opadającym ku dolinom wzgórzami, trudno uwierzyć, że okolica ta dawała niegdyś schronienie łotrom i zbójom. Ukryci przed prawem, czaili się przy leśnych duktach. Kupcy z trwogą myśleli o przejeździe traktem pod Łysą Górą, a ich serce zamierało za każdym razem, gdy z przydrożnych zarośli słyszeli choćby najcichszy trzask łamanej gałęzi.

Trzask! Ogień palił się żwawo, trawiąc grube, bukowe konary. Wokół sagana pełnego strawy tańczyły ulotne złote iskry. Na ścianę skrytego w głębi lasu schronienia padał cień niewysokiej, zgarbionej postaci. Kobieta, mimo sędziwego wieku, poruszała się z werwą. Krzątała się w codziennym tańcu wokół niewielu sprzętów zajmujących skromną, lecz schludną siedzibę. Nagle zamarła w bezruchu. Przyzwyczajone do ciszy uszy wychwyciły dźwięk niepasujący do jej codzienności. Kroki jakby… ale inne...

- Madej? - zdziwiła się. - Słońce jeszcze nie skryło się za wzgórzami, a ptaki nie ucichły. Za wcześnie wraca...

Ale kroki nie ustawały. Zbliżały się. Za szybko, za lekko. To nie jej syn. A więc obcy!

Trzask! Drzwi otworzyły się nagle. Przed zgarbioną starowiną stanął młodzieniec. Jego ciekawe, pełne życia oczy błądziły po domostwie, by zatrzymać się na garze ze strawą.

- A więc głodny! Z daleka pewnie! - pomyślała kobieta.

- Pochwalony! - rzucił donośnym głosem.

- A pochwalony! - odrzekła kobieta. - A skąd to idzie? Kto w Łyse Góry iść kazał? Buty ma zdarte i w kurzu całe, więc pewnie z daleka idzie, e?

- Od Krakowa zmierzam… zbłądziłem. Zmrok nadchodzi, a nigdzie ani gospody, ani domostwa…

- Tutaj zostać nie może! - wykrzyknęła starowina. - Na jodły szumiące, zostać tu nie może! Madej zaraz powróci! I nie będzie już wtedy dla ciebie ratunku!

Trzask! Grube gałęzie łamały się jak zapałki pod niedbałymi, szybkimi krokami.

- Za późno! Nadchodzi już! Biada ci, chłopcze! Jeśli życie ci miłe jeszcze, kryj się, kryj się! Na skarby klasztorne, kryj się!

Ogień przygasł na chwilę, gdy z łysogórskim wiatrem do izby wszedł Madej. Chłop większy od dębu i od odyńca dzikszy. Matkę przywitał krótko, z dziwnym jednak szacunkiem. Usiadł ciężko przy garze. Zaczął jeść.

Coś jednak nie dawało mu spokoju. Wciągnął powietrze. Dziwny zapach! Obcy! Zerwał się z klepiska. Oczy otworzyły się szerzej, a ręka powędrowała w stronę stojącej obok maczugi. Wściekły zaczął rozrzucać nieliczne, liche sprzęty. W końcu odnalazł młodzieńca. Gniew zapłonął w oczach zbója. Gniew, który nakazał mu podnieść maczugę i zadać cios.

- Madeju! Toż to tylko liche stworzenie zbłąkane! - krzyknęła matka zbója. - Niewarte zachodu, niewarte gniewu twego! - Odpocznij, synu! Strawa stygnie!

Przerażenie na twarzy młodzieńca ustąpiło zdumieniu, gdy Madej posłuchał matki. Usiadł potulnie przy ogniu. Cały czas nie spuszczał jednak oczu z intruza.

- Uszanowanie dla gospodarza... - zaczął młodzieniec - Ja spokoju domostwa naruszać nie chciałem. Szukam schronienia na drodze z Krakowa... do królestwa Lucyfera zmierzam!

Madej na dźwięk tego imienia znieruchomiał. Twarz mu poszarzała, spojrzenie zrobiło się nieodgadnione, przenikliwe i puste zarazem. 

- Niech opowiada dalej, to śmierci uniknie! - zawyrokował po dłuższym milczeniu.

- Ależ gospodarzu, ja czasu jegomości marnować nie będę...spieszno mi…

- NIECH OPOWIADA!!! - ryknął Madej. Ciężki, jak głaz gołoborza głos przycisnął przybysza do podłogi. Jeśli chciał ujść z życiem, musiał ratować się opowieścią.

Trzask!

Wóz uginał się pod ciężarem towarów, które bogaty kupiec wiózł aż z Krakowa. Słońce chowało się już za klasztorem na szczycie Łysej Góry. Zmęczone konie potykały się co chwila. I wtedy, przed samą Trzcianką, jedno z kół obładowanego wozu ugrzęzło na wilgotnym jak grzęzawisko świętokrzyskim trakcie. Znużone szkapy na próżno szarpały i parły do przodu. Ich kopyta tonęły w błocie, a koła fury zapadały się coraz głębiej. Nadchodził zmierzch - czas dla zbójców. W sercu kupca rosła trwoga, a nadzieja na ocalenie kurczyła się, by w końcu zniknąć w łysogórskiej mgle.

I tak się złożyło, że od strony Bartoszowin traktem zmierzała jakaś postać. Szła pewnie i szybko. Strój nie wskazywał na to, że mógłby być to zbój. Mężczyzna w prostej, ciemnej szacie przypominał mnicha. Jednak coś w jego spojrzeniu i gestach budziło niepokój.

- Nie strach to z towarem samemu traktem pełnym zbójów podążać? - głos wędrowca przeciął ciszę nocy.

- Strach, ale znikąd pomocy, a towaru i koni na pastwę zbójów nie zostawię! - kupiec machnął ręką w stronę wozu.

- Ano nie… faktycznie - oczy przybysza zalśniły w ciemności. - A może ja wóz z grzęzawiska mógłbym ruszyć? Nie za darmo oczywiście…

„Trudno. Każda przysługa wymaga zapłaty. Niech stracę” - pomyślał handlarz, a głośno rzekł: - Jakaż to rekompensata za trud ten niewielki by się należała?

- Niewielka, niewielka… tylko to, co zostawiłeś w domu, a o czym jeszcze nie wiesz…

„Dziwny ten pielgrzym, zaiste dziwny. Mówi zagadkami. O czym to ja wiedzieć nie mogę? Domu wiele miesięcy nie widziałem. Wciąż interesy… pewnie niewiasty bibelotów i świecidełek nakupiły. Dla ludu miejscowego cenne to być może…”

- Zgoda zatem! - odparł uradowany. I zanim zdążył w ręce klasnąć, przybysz niewiadomo skąd kontrakt wyciągnął i pod sam nos mu podsunął. A że gęsiego pióra przy sobie nie miał, kupiec krwią z własnego palca dokument podpisał. Wędrowiec niemal jedną ręką wóz z grzęzawiska wyciągnął. Sprawnie uporał się z zadaniem, zupełnie jakby pomagały mu siły nieczyste. I tak właśnie było…

Trzask! Młodzieniec klasnął w dłonie.

-  I w ten oto sposób ojciec mój sprzedał moją duszę diabłu za wóz pełen towaru… Nie wiedział bowiem, że w czasie jego nieobecności w domu moja matka na świat mnie wydała… A ja diabłu tak łatwo się nie dam! Teraz do piekła zmierzam, by duszę moją odzyskać – mówił młodzieniec.

Madej siedział zasępiony. Odwaga chłopca podziwu była godna, a nie śmierci z ręki prostego zbója.

- Słyszałem o Lucyferze i jego bandzie! Pełno ich tu w górach, harce z czarownicami uprawiają. Wiem, że i ja z nimi się spotkam kiedyś. Bo wiele w życiu zgrzeszyłem...

Zbój sposępniał, zamyślił się i wydał wyrok:

- Dziś ujdziesz z życiem! Zwrócę ci wolność. Szukaj bram piekielnych w tych ciemnych lasach. A jeśli przetrwasz spotkanie z diabłem, wróć tutaj i powiedz mi, co moce piekielne dla mnie za wszystkie zbrodnie moje szykują - powiedział.

- Madeju, wrócę na pewno! Opiekuj się matką i wypatruj mnie niebawem! - zawołął chłopak.

Trzask! Bramy piekielne zamknęły się głucho. Strudzony młodzieniec, po wielu dniach tułaczki, wreszcie odnalazł swój cel. Nos raził mu ostry zapach siarki. Oddech gęstniał w gorącym od piekielnego ognia powietrza. Skóra cierpła od jęków i złorzeczeń potępionych. Wokół uwijały się diabły, szykując najwymyślniejsze tortury tym, którzy zbudowali swe życie na występku i kłamstwie. Dla nich nie było już ratunku.

Błądząc i klucząc, unikając spojrzeń wszędobylskich biesów, dotarł wreszcie do komnaty samego Lucyfera. Siedział, dziki i potężny, przykuty łańcuchami do ogromnego tronu. Przez środek sali płynęła lawa. Za żyrandole służyły tryskające ogniem wulkany.

„Zwycięstwo lub wieczne potępienie!” - pomyślał chłopiec i stanął dzielnie przed obliczem Złego. Ten zdumiał się wielce na widok śmiałego człowieka. Zanim jednak zdążył zawołać straż, chłopiec zawołał: - Lucyferze! Podstępem sługa Twój ojca mego zwabił, by duszę moją ci zaprzedał. Żądam, byś umowę przyniósł i na moich oczach w ogniu piekielnym ją spalił!

Lucyfer oniemiał. Zdziwiła go śmiałość młokosa. Zdziwiła, a po chwili wielce rozbawiła. Król piekieł roześmiał się tubalnie. Postanowił zabawić się kosztem śmiałka.

- A jeśli nie oddam cyrografu? To?

- Oddasz! Oddasz natychmiast! - wykrzyknął i wyjął spod sukmany kropidło ze święconą wodą.

Śmiech ugrzązł Lucyferowi w gardle, gdy pierwsze święte krople żywym ogniem paliły mu skórę. Straż nie nadchodziła. - Oddam! Zrobię to! Tortury już więcej nie zniosę! - wykrzyknął.

Chłopak uśmiechnął się pod nosem. Z kropidłem w rękach bacznie obserwował Lucyfera. Ten klasnął w dłonie i przywołał jednego ze sług. - Przynieś no kontrakt na tę duszę dziką. I śpiesz się! Bo jak nie, to każę cię położyć na Madejowym łożu!

Madejowe łoże!? Groźba ta musiała być straszliwa. Przerażony czart, bijąc w pas pokłony, wypadł z komnaty. Po chwili krótszej niż mrugnięcie powiek powrócił z cyrografem w dłoni. Wręczył papier młodzieńcowi, który wrzucił dokument do rzeki lawy. Karty podpisane krwią ojca zniknęły w jej odmętach. Wolność!

Pamiętał jednak o obietnicy złożonej Madejowi. Wychodząc, zajrzał do ogromnej sali, gdzie na środku stało madejowe łoże - narzędzie tortur tak okrutne, tak zmyślne w zadawaniu bólu, że samo patrzenie na nie budziło trwogę i cierpienie.

Chłopak zapamiętał ten widok, a wracając, opowiedział o wszystkim Madejowi. Zbój przeraził się wielce. Wybiegł z kryjówki, a na niewielkim wzgórzu padł na kolana i prosił niebiosa o przebaczenie.

- Madeju! Wiem, że kiedy wrócę do domu, to kariera duchownego mnie czeka. Wrócę tu i rozgrzeszę cię. Wiesz przecież, że ja słowa swego dotrzymuję. Ale tylko jeśli wszystkie moje warunki spełnisz. Od dziś zaprzestaniesz rozboju. Maczugę swoją w ziemię wkopiesz. Każdego dnia na kolanach będziesz chodził do strumienia, by wody w usta nabrać i maczugę podlewać. Nie zapominaj o potrzebujących - cały zrabowany majątek oddaj biednym! - młody wędrowiec pożegnał zbója i po długiej podróży, nareszcie wolny, powrócił do domu.

Trzask! Gałązki łamały się pod ciężarem okazałego powozu. Biskup krakowski wraz ze swoją świtą jechał niespiesznie ku łysogórskiemu opactwu. Przemierzając leśne ostępy, przypomniał sobie, co wydarzyło się tu ponad dwadzieścia lat temu. Nie wiedział, czy Madej żyje jeszcze i czy obiecaną pokutę odprawił.

Wysiadł z powozu. W powietrzu unosiła się świeża i nietypowa dla puszczy woń jabłek. Na niewielkim wzgórzu, gdzie przed laty rozstał się z Madejem, rosła rozłożysta jabłoń. W jej cieniu siedział pogrążony w modlitwie starzec. Bez trudu rozpoznał w nim Madeja, a w jabłoni - maczugę, która wrosła w ziemię i wydała owoce.

Madej padł krzyżem przed duchownym. Poprosił o obiecane przed laty rozgrzeszenie. Zbój rozpoczął spowiedź, gdy pierwsze promienie zachodzącego słońca oświetlały uginającą się od owoców jabłoń. Z każdym wyznanym grzechem, jedno jabłko zmieniało się w gołębia, który wzlatywał ku niebu.

Ziemię oświetlał już dawno blask księżyca, gdy na drzewie został tylko jeden, najcięższy owoc. Symbol grzechu, który wyznać było najciężej. W końcu Madej wyznał, że winny jest śmierci własnego ojca. Gdy tylko ubrał grzech w słowa, ostatnie jabłko przemieniło się w białą gołębicę, która wzleciała ku nocnemu niebu. Nie było nic więcej do wyznania. Biskup rozgrzeszył starca. Jego ziemska niedola dobiegła końca. Zamknął oczy, westchnął głęboko, a jego ciało zamieniło się w proch.

Trzask! Drobne gałązki pękają pod butami turystów wędrujących szlakami w Górach Świętokrzyskich. Niewielu z nich myśli pewnie o Madeju, za dużo tu pięknych widoków i miejsc wartych odwiedzenia. Żaden z nich nie odnajdzie z pewnością jego górskiej kryjówki. Może któryś z nich, w ciszy i komforcie hotelowego pokoju, szukając inspiracji na kolejną wyprawę w Świętokrzyskie, sięgnie do legend i pomyśli o zbóju, który uniknął najgorszej piekielnej kary?
Projekt Legendy Świętokrzyskie – seria 10 audiobooków dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Kultura w Sieci