Legenda o powstaniu Kielc

← Cofnij - audiobooki

Treść legendy:

Na prastarych, łagodnych szczytach gór, wśród szumiących świętokrzyskich lasów już od niemal dziesięciu stuleci leżą Kielce. Trudno dziś dociec, kto wśród pradawnej puszczy założył niewielką osadę, której losy toczyły się nieśpiesznie wokół modrzewiowego kościółka świętego Wojciecha. Tajemnicza jest też sama nazwa „Kielce”. Jednym kojarzy się z „kleceniem” - czyli pracą jej dawnych mieszkańców; innym z nazwiskiem rodu Kielczów. Jeszcze inni widzą w niej podobieństwo do słowa „kieł”, oznaczającego ostre skały na okolicznych szczytach lub zębiska dzikiego zwierza.

 

Z pomocą przyjdzie nam legenda. Poznamy ją, wędrując kielecką starówką ku strzelającemu w niebo barokowymi wieżami pałacowi biskupiemu. Tu, przy niewielkim placu, zwanym dziś placem Artystów, stoi jasna figura dzika. Zwierzę spogląda na miasto z wysokiego cokołu, wokół którego na odlanych w brązie tablicach uwieczniono opowieść o powstaniu miasta. A zaczyna się ona od ojcowskiej troski o losy syna...

Król Polski, Bolesław Śmiały, poróżniony z krakowskim biskupem Stanisławem, w obawie o bezpieczeństwo syna swego Mieszka, wysłał go pod ochroną drużyny rycerzy w leśne ostępy...

Trudne to były czasy wojen i niepewności, gdy symbole władzy przechodziły z rąk do rąk, zdrada i podstęp czaiły się w barwnym królewskim orszaku, a trucizna sączyła się jadem z kielichów.

- W lisiej norze znajdziesz mniej zła i spisku niż w tych parszywych komnatach! - grzmiał Bolesław. - Lepiej ci będzie, synu, wśród poświstów puszczy niż wśród kłamliwych spojrzeń mych dworzan! Jutro wyruszysz w drogę. Zamieszkasz wśród dzikiego zwierza i sędziwych dębów, a twymi kompanami będą nie białogłowy, lecz moja wierna drużyna. Zmężniejesz, a gdy twój czas nadejdzie, powrócisz, by nieść chwałę Piastom. Wystrzegaj się jednak zbójów, co kryją się na leśnych duktach! Wiedz, że to lud prosty, dla którego moneta i złoto cenniejsze są niż życie – przestrzegał król.

Orszak wyruszył następnego dnia, nim pierwsze promienie słońca zdążyły rzucić blask pod końskie kopyta. Mieszko z przestrogą ojca w sercu i modlitwą na ustach opuścił gniazdo rodzinne, by skryć się przed nieznanym z imienia wrogiem.

Dni i noce w puszczy są jednakie. Promienie słońca przecinają poranne mgły, by barwnym zachodem złożyć hołd ziemi. Towarzyszom królewicza niemiły był jednostajny czas wygnania, bez wojny, pożogi i wroga. Długie wieczory przy budzącym otuchę ogniu spędzali na opowieściach o przebytych bojach i trudach wielu lat służby u boku wymagającego pana.

Mieszko czuł, jak w jego sercu kiełkuje zazdrość. - Jakież to historie może opowiedzieć swym towarzyszom? Lata lekcji władania mieczem u największych mistrzów niczym są wobec jednej ich potyczki. Wzrok strudzony od ksiąg w skryptorium to nic wobec rąk strudzonych od miecza w potyczce na śmierć i życie! - królewicz patrzył w żar dogasającego ognia. Złożył przysięgę, że nie przyniesie wstydu Piastom.

Jutro łowy. Pokaże, jakie talenty posiada. Samotnie rzuci się w pogoń i pokona dzikiego zwierza! Gdzieś w oddali szczekały jeszcze zajadle myśliwskie psy. Ktoś krzyknął. Wiatr niósł głosy i poruszał liśćmi prastarych buków. Mieszko czuł, że robi się coraz bardziej senny... Gdzieś tam, w głuszy, zostali jego towarzysze.

- Dlaczego, dlaczego rzucił się samotnie w pogoń za dzikiem? Dlaczego nie słuchał, dlaczego nie czekał na resztę drużyny? Wysokie jodły ciemniały w zachodzącym słońcu. Oto on, królewski syn. W sercu puszczy wart tyle, co zbój, co sługa, co niewolnik. Samotny, zdany na siebie. Bez strawy i wody. Za to z lękiem w sercu i trwogą o jutro - znużony wyjął nogi ze strzemion. Postawił stopy na miękkim leśnym kobiercu. Pod rozłożystym dębem znalazł kępkę mchu. - Oto łoże godne następcy tronu - pomyślał gorzko. Ledwo przyłożył głowę do leśnego posłania, zapadł w głęboki sen. Nie przyniósł on jednak ukojenia.

Prawda to - czy nocne urojenie? Oto słychać trzask gałęzi łamanej pod ciężką stopą. Kroki. Ciche głosy. Mieszko zrywa się na równe nogi. Dobywa miecza - akurat wtedy, gdy atakuje go pierwszy ze zbójów. Syn króla odpiera atak za atakiem. Walczy jak godny potomek Piastów. Przerażeni zbójcy uciekają.

Zostaje tylko jeden, który chcąc ocalić życie, poddaje się przyszłemu władcy. Mieszko w triumfalnym geście przykłada miecz do jego piersi. Wyrywa mu zza pasa to, co teraz najcenniejsze - butlę z wodą. Spragniony wypija wszystko, nie pozostawiając jeńcowi ani kropelki. Wtem jego usta razi ogień gorętszy niż czeluści piekieł. - Trucizna! Zdrada! - woła przerażony. W głowie dźwięczy mu głos ojca: - Wiedz, że to lud prosty, dla którego moneta i złoto cenniejsze są niż życie.

- Zawiodłem, ojcze! - myśli i szuka ratunku, który znikąd nie nadchodzi. Próbuje wołać na pomoc, jednak jego głos więźnie w palonym żarem gardle. Wytęża wzrok w poszukiwaniu choćby małego strumyka. Prastara puszcza nie ma jednak litości. Znikąd pomocy! Wycieńczony królewicz pada na kolana. Nagle ciemność przecina bijący z dali blask. Oto przed królewiczem staje jasna postać. To święty Wojciech! Uśmiecha się dobrotliwie. Jasność przegania mrok. Zbój ucieka przerażony, a święty kreśli na ziemi pastorałem krętą linię, z której tryska ożywczy strumień. Mieszko łapczywie chwyta każdą życiodajną kroplę. Unosi wzrok. Postać Wojciecha rozmywa się w porannej mgle...

- Sen to – czy jawa? - Mieszko podniósł się z leśnego posłania. Wokół budził się nowy dzień. Promienie słońca tańczyły z głosem ptaków. - Sen to - czy jawa? Oto przed nim strumień, którego wczoraj tak bardzo pragnął, a którego przecież nie było. - Sen to – czy jawa? Młodzieniec skosztował zimnej ożywczej wody. Przemył zamglone oczy. Sen to – czy jawa? Wśród mchu dostrzega jaśniejący kształt. Oto przed nim leżą kły dzika, olbrzymiego odyńca - dar świętokrzyskiej puszczy dla piastowskiego królewicza. Poranne, drążące powietrze przynosi z oddali nawoływanie towarzyszy.

- To jawa! - Mieszko chwyta za róg, którym przywołuje drużynę. Po chwili królewicz dostrzega mężnych wojów. Cudownie odnaleziony, rzuca się w objęcia towarzyszy. Pada na kolana. Zanosi modlitwę do swego zbawcy, świętego Wojciecha. Obiecuje mu, że ubłaga ojca, by właśnie w tym miejscu postawił skromną modrzewiową świątynię na chwałę świętego i pamiątkę tych przedziwnych zdarzeń. Wokół powstanie zaś osada, na cześć kłów dzika nazwana Kielcami. A cudowny potok, nad którym powstaną pierwsze domy, nazwie Silnicą - by jego woda zawsze dodawała mieszkańcom sił, tak jak jemu pozwoliła wrócić do życia.

W każdej legendzie jest ziarno prawdy… Dzisiaj turyści i mieszkańcy, spacerujący zabytkowym śródmieściem Kielc każdego dnia przechodzą obok pomnika odyńca, na pamiątkę opowieści o początkach miasta nazywanego pieszczotliwie „Kiełkiem”. Nad niewielką rzeczką Silnicą kryją się kameralne kawiarenki i restauracje – znakomite miejsca, by odpocząć i nabrać sił przed zwiedzaniem miasta. Zaskakuje ono bogactwem przyrody, która rządzi tu niepodzielnie w pięciu rezerwatach przyrody, i mocą historii wyrażonej w pięknie zabytkowej architektury biskupiego pałacu.
Projekt Legendy Świętokrzyskie – seria 10 audiobooków dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Kultura w Sieci